REFLEKSJE NIEDZIELNE

strona do druku



3 sierpnia 2008
18 NIEDZIELA ZWYKŁA

                            „Nie mamy tu nic”

   Kolejny dzień Powstania Warszawskiego, którego rocznicę świętujemy.
   Trudno zrozumieć Powstanie Warszawskie. Na to
trzeba się wczuć w tamten czas. W tamten okrutny czas.
   Byliśmy po wojnie w 39 roku. Straszliwej wojnie,
niespodziewanej, zaborczej, bezwzględnej, nieludzkiej
wojnie, gdzie ginęli żołnierze razem z cywilami.
Byliśmy po pięciu latach okupacji hitlerowskiej.
Gdzie obozy koncentracyjne, łapanki, rozstrzeliwania
i głód. Gdzie Herrenvolk wgniatał nas w ziemię.
   Ale przyszedł rok 44. Klęskę ponoszą armie niemieckie
na wschodnim i zachodnim froncie. Tylko nie trzeba się łudzić,
to jest jeszcze kolosalna potęga militarna.
Maszyna wojenna funkcjonująca precyzyjnie.
   Ale nie chcą o tym myśleć ludzie podziemnej Armii.
Nie chce o tym myśleć społeczeństwo polskie.
Zwłaszcza Warszawa, która jako stolica czuje się odpowiedzialna
za cały kraj. Zwłaszcza Warszawa – tak doświadczona w wojnie 39 roku. Domaga się powstania, które by choć w części wyrównało krzywdy, jakie poniósł naród polski.
   Ale na to, żeby planować powstanie, potrzeba zacząć myśleć o broni – skąd wziąć broń?! Nie wyprodukujemy w piwnicy karabinów maszynowych, artylerii, czołgów, samolotów. Musimy je sprowadzić. Jak sprowadzić broń? Owszem, sprzedadzą nam Stany Zjednoczone, sprzedadzą Anglicy. Ale jak dostarczyć tę broń powstańcom? Zwłaszcza Warszawie. Samolotami? Gdzie będą lądowały te samoloty pełne broni, skoro kraj jest w rękach niemieckich? „Wydrzemy – tę broń – z rąk nieprzyjaciela” – wołali zapaleńcy. Dziecinne mrzonki. Marzenia jak w bajce. Na to, żeby zacząć powstanie, potrzeba broni! Trzeba mówić z Amerykanami, z Anglikami, z ludźmi radzieckimi. Żeby to nie była awantura warszawska czy nawet polska, ale operacja wkomponowana w aliancki plan strategiczny. Trzeba rozmawiać. Trzeba uzyskać obietnice, przyrzeczenia, realne propozycje. Chociażby takie, że samoloty alianckie będą mogły lądować na radzieckich lotniskach, tuż przy granicy wschodniej Generalnego Gubernatorstwa. Na to trzeba rozmawiać z Rosją radziecką, przeciwko której – nie okłamujmy się – było również wycelowane całe powstanie. Rozmów nie było.
   I pomimo to padł rozkaz: zaczynamy. 1 sierpnia 1944 roku, godzina 17.
   Z czym?! „Bo na tygrysy mamy vis’y” – śpiewali ironicznie „malowani chłopcy”. Na niemieckie czołgi najnowszego typu – „tygrysy” mamy rewolwery. Śmieszne. I jakby to jeszcze dodać – nawet tych rewolwerów nie było. Gdy hitlerowski pociąg pancerny zmierzał ku Warszawie, padł rozkaz: „Wysadzić w powietrze szyny”. Ale czym? Nie było dynamitu! No to rozkręcić szyny. Ale pociąg tuż.
   I tak ginęli „chłopcy malowani”, „malowane dzieci”.
   To, co się działo na górze – rozmowy, debaty dowódców, polityków – to nie schodziło prędko na dół. Żołnierz szeregowy powstańczy był pewny, że gdy kazali się bić, to wszystko jest przygotowane i dopięte na ostatni guzik! Wszystko gra! To wszystko jest pewne! Broń będzie! Skąd, nikt nie pytał. Będzie! Bo zaczęliśmy! Bo dali rozkaz: Zaczynamy!
   Nie było broni. I tak ginęli nasi „chłopcy malowani” i „malowane dzieci”.
   A Zachód się patrzył obojętnie na nasz los. Jeszcze raz okazał się obojętny na polskie zmagania. Nawet gdy powiedzmy: wariackie – ale przecież trzeba było je wesprzeć! Nie wsparli. I tak się patrzył Związek Radziecki ironicznie, z satysfakcją, nie dopuszczając ani jednego samolotu, który postrzelany chciałby wylądować na ich lotniskach; musiał lecieć do baz włoskich albo afrykańskich. Przeważnie nie dolatywał.
   Przez całe 64 dni chcemy pamiętać, modlić się w naszych pacierzach codziennych, w naszych Mszach świętych niedzielnych za naszych bohaterów. Za nasze piękne dziewczęta i pięknych chłopców, którzy oddali swoje życie za naszą wolność. Za naszą godność! Polską godność! Za nasz polski honor! Nie otrzymując za to nic.
_____________________________________________________________