REFLEKSJE NIEDZIELNE

strona do druku



23 SIERPNIA 2009
21. NIEDZIELA ZWYKŁA

Ten ma życie

     W moich wędrówkach za naszym papieżem Janem Pawłem II znalazłem się w Indiach, na południe od Goa, w mieście Trivandum, w klasztorze kapucynów, w którym wszyscy byli Hindusami. Zdziwiło mnie to, że nad budynkiem parafialnym widniał napis: „Spółdzielnia produkcyjna”. Spytałem się: „Dlaczego nie parafia? Dlaczego nie kościół katolicki?”. Otrzymałem odpowiedź: „Bo hinduiści nie traktują religii katolickiej jako religii, tylko jako stowarzyszenie miłosierne, opiekujące się biednymi. A my faktycznie produkujemy prościutkie meble, dając najuboższym zatrudnienie”. Zdziwiło mnie to i zaskoczyło: traktować religię chrześcijańską jako stowarzyszenie miłosierne, to przecież nieporozumienie. Ale powiedziałem sobie: Przecież to jakoś tak jest. Jeżeli wierzymy, że Bóg jest Miłością i czcimy Go życiem swoim, to, upraszczając zagadnienie, można i tak powiedzieć, że jesteśmy stowarzyszeniem miłości bliźniego.
     Tak przyszło mi do głowy to wspomnienie, gdy patrzę na to, co się dzieje w tym roku tutaj, w Dębkach. Przyznam, że jak nigdy dotąd, liczba dzieci jest imponująca – i to tych najmniejszych, opiekowanych przez rodziców. Uwidacznia się ich praca. Dzieci na rękach, dzieci za rączkę, dzieci „na barana”, najmłodsze w ramionach matek, ojców, w nosidełkach – na plecach i na piersiach, w najrozmaitszego rodzaju wózeczkach, a wózeczki przeciągane, przepychane przez wydmy piaskowe z wysiłkiem przez ojców, a nawet przez same matki. To jest wakacyjny dodatek do tej gigantycznej pracy, która absorbuje rodziców 24 godziny na dobę. Dodatek do miłości, która wypełnia całe życie każdego ojca i każdej matki. To jest ta miłość świadczona na co dzień z radością, z ciepłem. Pogłaskania, przytulenia, w nieustannym dialogu. Zalewani rzeką pytań, na które dziecko oczekuje odpowiedzi. Zalewani prośbami, wymogami, żądaniami najbardziej piramidalnymi. Skoncentrowani na tym, by odgadnąć, co dziecko chce, co dziecko robi, dokąd idzie, dokąd biegnie, o co mu chodzi. Usiłują zrozumieć okrzyki, radości, słowa wymawiane nieporadnie albo zupełnie niezrozumiale. Gdy dziecko chce jeść wszystko, gdy nie chce niczego. Gdy rozpalona główka. Gdy płacz bez powodu. To jest ta miłość najczystsza, łącząca rodziców nie tylko z dzieckiem, ale i z Bogiem samym.
     A jak się ma do tego Msza święta? Modlitwa? Adoracja? Jak się ma do tego życie kontemplatywne, które nas również łączy z Bogiem?
     Razu pewnego św. Wincenty a Paulo szedł korytarzem szpitala, który zorganizował, a w którym, zatrudniał siostry zakonne przez niego wymyślone. I podeszła do niego jedna z sióstr i spytała: „Czy musimy uczestniczyć we Mszy świętej codziennej? Na nas czekają chorzy, a my idziemy modlić się”. Święty popatrzył na nią i wskazując na dzban zupy, który niosła ta siostra, powiedział: „Żeby ten dzban siostrze nie zaciążył”. Nie zrozumiała. Powtórzył: „Na to idziemy do kościoła i uczestniczymy we Mszy świętej, aby wzmacniać miłość naszą, którą świadczymy naszym chorym”.
     Może usłyszę analogiczne pytanie jakiejś matki, jakiegoś ojca: „Dlaczego muszę iść w niedzielę na Mszę świętą, skoro przy dziecku mam tyle roboty?”
     Odpowiadam: To po to, aby ci dziecko nie zaciążyło. Bo może przyjść taka chwila, kiedy będziesz miała dość – dość pracy przy dziecku, dość jego nieustannych popiskiwań, płaczów, wrzasku, awantur. Że będzie ci się zdawało, że nie wytrzymasz i rzucisz wszystko. Na to masz niedzielną Mszę świętą – żeby się odnowić. Żeby odnowić twoją wrażliwość. Żeby powróciła cierpliwość, wyrozumiałość, współczucie, miłość, bez której nie możesz żyć ani ty, ani dziecko.