Rekolekcje Adwentowe 2009

strona do druku


REKOLEKCJE ADWENTOWE 2. 15 XII 2009


REKOLEKCJE ADWENTOWE
2.
15 XII 2009

1.   To było na spotkaniu z księdzem arcybiskupem Kondrusiewiczem w Londynie. Opowiadał nam o swojej pracy, o swoich przeżyciach na terenie Związku Radzieckiego, który wtedy jeszcze funkcjonował. U nas już było po roku 1989. Mówił o historii jednej polskiej parafii. Sprawował duszpasterskie obowiązki staruszek ksiądz – Polak. W końcu umarł. Pochowali go na cmentarzu przy kościele. Następcy nie było. To przychodzili ludzie do jego grobu i spowiadali się. „Jak to – powiecie – jak to się spowiadali?” Zwyczajnie. Przychodzili do grobu, klękali przy nagrobku i wyznawali swoje grzechy. Aż zdarzyło się, że przyszedł człowiek, który po wyznaniu swoich grzechów oświadczył: „Ale ja mam jeszcze grzechy sąsiada. Bo już stary, schorowany, to szmat drogi do kościoła byłoby mu iść. Powiedział mi swoje grzechy, żebym ja powtórzył je księdzu proboszczowi zmarłemu – i to będzie też ważne”.

2.   Grzech. To zaprzeczenie miłości. To przede wszystkim, prawie zawsze, krzywda drugiego człowieka. Uświadamiają nam to grzechy główne, wymienione przez św. Grzegorza Wielkiego. Są nimi pycha, chciwość, zazdrość, gniew, nieczystość, łakomstwo, lenistwo.
     Ale gdy przychodzi do sakramentu pokuty, wyznania często są krótkie: „Opuszczałem pacierz ranny i wieczorny. Nie byłem na Mszy świętej raz czy drugi. W piątek czasem jadłem mięso, bo nie było czego innego pod ręką. Więcej grzechów nie pamiętam”.
     A wszystko inne leży odłogiem. Nieruszone, nietknięte. Nie mamy wyrzutów sumienia. Nic nam nie mówi, żeśmy zgrzeszyli. – Byle jaki paciorek ranny, wieczorny, rozproszenia na Mszy świętej niedzielnej, spóźnienie na Mszę świętą. Kiełbasa w piątek.
     A krzywda ludzka? „Mnie dokopali ludzie. To i ja im dokopię”.
     A warunkiem odpuszczenia grzechów jest – miłość. Tylko miłość nam może usunąć grzech z duszy. Miłość. Wstyd. Żal. Tęsknota za uwolnieniem się od zła. Tęsknota za czystością.
       „Miłość cierpliwa jest,
       łaskawa jest.
       Miłość nie zazdrości,
       nie szuka poklasku,
       nie unosi się pychą;
       nie dopuszcza się bezwstydu,
       nie szuka swego,
       nie unosi się gniewem,
       nie pamięta złego;
       nie cieszy się z niesprawiedliwości,
       lecz współweseli się z prawdą.
       Wszystko znosi,
       wszystkiemu wierzy,
       we wszystkim pokłada nadzieję,
       wszystko przetrzyma”. (1 Kor, 13,4 – 7)
     Bo przyszło na ciebie natchnienie, olśnienie, objawienie i zobaczyłeś siebie w całej brzydocie. I ta łaska przyprowadziła cię do konfesjonału.
     „No a rozgrzeszenie księdza? Przecież ksiądz daje rozgrzeszenie?”
     Może tego wcześniej wyraźnie nie powiedziałem, może tego dostatecznie nie zaakcentowałem, ale prawda jest taka, że jeżeli penitent nie kocha, spowiednik jest bezradny. I rozgrzeszenie nie skutkuje.
     Gdy przychodzisz do konfesjonału i nie kochasz, to nie przychodź do konfesjonału. A jeżeli przyjdziesz, to powiedz, że nie żałujesz. Może cię ksiądz jakoś uruchomi, może ci pomoże. Ale nic za ciebie nie zrobi. Sam się musisz pozbierać. Sam musisz powiedzieć. Sam musisz powiedzieć: „Żałuję”. Sam musisz powiedzieć: „Wstyd mi” tej zawiści, niechęci, pychy, zarozumiałości, pamiętliwości.
     „No to po co iść do konfesjonału, jeżeli rozgrzeszenie jest bezradne?”
     Jeżeli nie żałujesz, to nic nie pomoże.
     „A gdy żałuję, no to po co iść do konfesjonału, wystarczy, że żałuję, to Bóg mi przebaczy. Tak czy nie? Przebacza Bóg czy nie przebacza?! - gdy ja żałuję? Udowodniłem to, przeprosiłem tego, kogo obraziłem. A nawet gdy go nie przeprosiłem wprost, to dobrze o nim mówiłem, stanąłem w jego obronie”.
     Bóg ci przebacza.
     „No to po co iść do konfesjonału?”
     Spowiedź, sakrament jest instytucją. To jest forma pomocy każdemu z nas. To jest chwila koncentracji, to jest chwila poświęcona zastanowieniu się nad sobą. Okazja, sposobność. Czas zinstytucjonalizowany. Jedyny w swoim rodzaju – rachunek sumienia, żal za grzechy i postanowienie poprawy, zadośćuczynienie. I jeszcze wyznanie grzechów przed spowiednikiem. Nie zebrałbyś się, nie zdobyłbyś się, gdybyś nie miał przymusu sumienia, że trzeba iść do spowiedzi.
     I może się uda, może wygrzebiesz z głębi serca chociaż odrobinę miłości. Może chociaż na moment zapłaczesz nad swoją złością, głupotą, zazdrością. Może się wzruszysz swoją grzesznością. Sakrament pokuty to jest szansa - żeby się nawrócić.

3.   A jeżeli rachunek sumienia był byle jaki, włączyć się powinien spowiednik. On się powinien dopytać, zwrócić uwagę, że trzeba brać jeszcze inne zachowania pod kontrolę. Że trzeba oskarżać się z tych grzechów, żałując za wykroczenia przeciwko miłości bliźniego. Jak na przykład obowiązki wobec rodziców czy wobec dzieci, uczciwe wykonywanie pracy zawodowej, kontakty z ludźmi na terenie zakładu pracy, w rodzinie, w miejscu zamieszkania.
     Jest nawet takie powiedzenie, że dopóki człowiek nie wypowie tego, co nosi w sercu, to dopóty to nie jest w pełni wartościowe i prawdziwe. Dopiero gdy człowiek zwerbalizuje swoje przeżycie, dopiero wtedy ono nabiera wagi. Bierze za to odpowiedzialność.
     Poza tym: Trzeba zdać sobie sprawę, że nie wystarczy powiedzieć: „Nie odrabiałem zadań”, ale trzeba powiedzieć: „Jestem leniwy”. Nie wystarczy powiedzieć: „Przezywałem, przeklinałem, kłóciłem się”, ale trzeba powiedzieć: „Jestem nieopanowany. Nie mam kultury bycia”. Nie wystarczy powiedzieć: „Spóźniałem się”, ale: „Jestem nieuporządkowany. Nie dotrzymuję słowa. Z lekkim sercem zapominam o swoich obowiązkach”. Tu trzeba mówić o kulturze albo jej braku w moim życiu. Trzeba mówić o stanie niedopracowanym swojego charakteru. Trzeba mówić nie tylko o kłamstewkach, ale o strachu – że jestem tchórzliwy, że nie stać mnie na mówienie prawdy.
     Jest w każdym z nas świadomość swojego istnienia. Świadomość swojego człowieczeństwa. Świadomość swojej odrębności, jedyności. Jest – ja sam, ja sama. I jest jak gdyby zwornik naszej świadomości, który spina wszystkie żebra. I dbaj o to. Dbaj o twój szacunek dla siebie samego. I okazuj szacunek względem twoich bliźnich. Bo są tacy jak ty. I szacunku potrzebują do życia.
     Zobaczyłem to w sposób dotkliwy w Indiach. W Bombaju proboszcz dał nam dwóch chłopców, żeby nas oprowadzili po mieście – mojego kolegę fotoreportera i mnie. No to oprowadzali. Aż przyszedł czas obiadu. Zatrzymaliśmy się przed restauracją. „Wchodzimy”. Oni powiedzieli, że nie – „My nie wchodzimy”. „Dlaczego nie wchodzicie?” „No bo, my nie wchodzimy”. „Ale przecież jeść coś musicie. My jemy, to wy też jecie. Chodziliście z nami całe przedpołudnie”. „Nie, my nie wchodzimy”. Wreszcie prawie przymuszeni weszli z nami. Zajęli miejsce przy stoliku. Siedzieli prawie że na skraju krzeseł. Przyszedł kelner, zamawialiśmy jedzenie. Do nich się nie zwracał. Ich nie widział, ich nie było, w ogóle nie było ich w restauracji. Zamówiliśmy za nich. Przyjął to z wyraźnym pogardliwym uśmiechem. To byli chłopcy z najniższej kasty. I oni to wiedzieli, że są z najniższej kasty. I wiedzieli to ludzie też. To promieniowało z nich. Im się należała tylko pogarda. A oni musieli oddawać szacunek wszystkim innym.
     Bądź normalnym człowiekiem. Należy ci się szacunek od ludzi. Nikt nie ma prawa sobą gardzić. I ludziom się należy szacunek od ciebie. Nie gardź ludźmi. Bliźni to też człowiek, tak jak ty, chce być uszanowany.